Sklep z gitarami
Gram na gitarze od kilkunastu lat. Miałem w tym czasie ponad pięćdziesiąt gitar, a ścieżki do wymarzonego modelu były kręte. Jak chyba każdy, zaczynałem swoją przygodę od starego Defila, aby po kilku miesiącach odwiedzić najbliższy sklep z gitarami i kupić nową, lśniącą gitarę koreańskiej produkcji. Tak, to były czasy, gdy liczyły się tylko nówki, a szczytem marzeń był Fender. Po koreańskiej nówce były jeszcze dwie inne gitary – też zupełnie nowe, na których traciłem od 60 do 70 procent wartości. W końcu kupiłem pierwszą gitarę używaną. To był strzał w dziesiątkę. Kilkuletni Ibanez miał progi w dobrym stanie, elektronikę poprawioną, a drewno brzmiało o niebo lepiej niż świeży paździerz. Po gitarze nadszedł czas na wzmacniacz. Tutaj też popełniłem kilka razy ten sam błąd, kupując nowy piecyk na gwarancji. Czyste brzmienie miał całkiem poprawne, ale przester tranzystorowy bardziej pierdział niż grał. Po czterech latach dopiero odkryłem piece lampowe i ta miłość pozostała do dziś.
Moim faworytem jest Fender Twin Reverb, ale z racji ogromnego ciężaru, musiałem z niego szybko zrezygnować. Razem z casem ochronnym waży koło 50kg i noszenie po schodach takiego potwora jest męczące. W przypadku tak ciężkich konstrukcji lampowych dobrym rozwiązaniem jest zakup wzmacniacza i kolumny gitarowej osobno. W okresie rozkwitu naszej kariery muzycznej mieliśmy po dwie kolumny – jedną do ćwiczeń w domu i drugą w salce prób. Woziliśmy tylko same wzmacniacze, które ważyły zaledwie dwadzieścia kilogramów.